niedziela, 14 sierpnia 2011

Little Lady










Bardzo lubię storczyki. Już od dawna. Najbardziej te jasne, pastelowe, różowe i białe. Jedne z najbardziej wdzięcznych kwiatów. Eleganckie, subtelne. I wcale nie tak trudne w pielęgnacji. Wystarczy im średnio nasłonecznione miejsce, częste zraszanie liści i porządne podlewanie raz na 10 dni (taka pora deszczowa ;) Gwarantuję, że za rok odwdzięczą się Wam kolejnymi, pięknymi kwiatami. Za to też je lubię - kwiaty nie opadają po tygodniu, czy dwóch ale cieszą oczy nawet dwa miesiące.

Ale właściwie to chciałam napisać o tym jednym storczyku, którego kupiłam może 2 tygodnie temu. Nazywa się Little Lady :) I jest uroczy (zresztą chyba wszystko co miniaturowe właśnie takie jest - ja mam słabość do wszelakich miniatur). Storczyk naprawdę jest niewielkich rozmiarów (razem z doniczką ma wysokość dłoni) i z pewnością nie wyrośnie. Mam nadzieję, że będzie mu u nas tak dobrze, jak jego większym ziomkom ;)



sobota, 13 sierpnia 2011

tęcza, grzyby, czekolada













Ja nie narzekam na deszcz. Lubię. I lubię pochmurne niebo, burze - nie dalej jak 3 dni temu przed naszymi oknami rozpościerała się piękna, podwójna, poburzowa tęcza w idealnym łuku! Przedtem jedynie dwa razy widziałam podobne zjawisko. Niestety nie miałam rybiego oczka, więc niemożliwością był zrobienie jej zdjęcia w całej okazałości. Ale prawdopodobnie odnajdę fotografie tej, którą podziwiałam na Zielonej Wyspie, by pokazać ją na blogu.

Mogę więc powiedzieć, że aura wpisuje się w moje upodobania. A jak wiadomo po deszczu grzyby rosną. Dziś pierwszy raz w tym roku wybraliśmy się do lasu. Z samego rana. Efekt jednak jeszcze nieco marny - kilka prawdziwków, wielki kozak, parę maślaków. Ale jak nam powiedział napotkany grzybiarz - zły dzień dzisiaj, gdyż podobno po pełni księżyca grzyby nie rosną. Może coś w tym jest. Ale trzygodzinny spacer po lesie był cudny. A grzyby jutro uduszone zostaną z wołowiną.

Tymczasem raczę się ciepłą, słodką, mleczną kawą. I czekoladą. Miała być gorzka Wawel, ale nie wychodzi tak ładnie na zdjęciach ;)




sobota, 23 lipca 2011

a gdy przestaje padać deszcz







Świat po deszczu jest piękny. Zwłaszcza po dłuższej przerwie, gdy natura spragniona jest wody. Gdy odżywa w całej swojej piękności.
Kiedyś pisałam o mojej ulubionej porze dnia na robienie zdjęć (klik). To się nie zmieniło. Lecz jeśli chodzi o pogodę, to natura po deszczu najpiękniej wdzięczy się do obiektywu. I pachnie ze wszystkich sił! Ale o tym trzeba się przekonać samemu :)


sobota, 16 lipca 2011

rok







Minął rok od moich ostatnich, pozostawionych tutaj śladów. I taka mnie ogromna ochota naszła, by uśpiony blog znów powołać do życia. Nie zarzekając się przy tym, że teraz już na pewno, regularnie, kilka razy w tygodniu. Nie. Ale przynajmniej tak, bym po jakimś czasie znów mogła przeczytać wszystkie wpisy i przywołać kilka, ułożonych chronologicznie, wspomnień.

Obecnie kuruję się w domu już od kilku dni. Tak ciepło, słonecznie na zewnątrz a mnie ostre przeziębienie zakotwiczyło w łóżku. Przeglądam czasopisma wnętrzarskie. Nadrabiam zaległości czytelnicze - właśnie zaczęłam Długie życie gorszycielki czyli biografię Ireny Krzywickiej pióra lubianej przeze mnie Agaty Tuszyńskiej. Jesli lubicie książki biograficzne, historię i obyczaje pierwszej połowy XXw a także dzieje powojenne, jak najbardziej polecam. W związku z szerokim kręgiem zacnych (czasami mniej zacnych) znajomych Pani Ireny (od poetów i pisarzy zaczynając a na politykach kończąc), lektura jest niezmiernie ciekawa. Wracam więc do czytania.



czwartek, 8 lipca 2010

maki i chabry (po drodze do Gąsek :)













Zawsze chciałam zrobić zdjęcia łące pełnej maków i chabrów. Kiedy tylko takie mijaliśmy to albo nie było czasu, albo miejsca by zrobić sobie dłuższy postój. Tym razem (ten post jest kontynuacją dwóch poprzednich dokumentujących nasz krótki wypad nad morze) nie odpuściłam :) Miejsce było piękne, zrobiłam ze sto fotografii i szkoda mi było jechać dalej.






poniedziałek, 28 czerwca 2010

model ślimak








Wciąż jeszcze znad Bałtyku. Zbierałam puste, kolorowe muszelki ślimaków. Poukładałam je na piasku, zaczęłam je fotografować i jakie było moje zdziwienie (i radość :) kiedy jedna z muszelek zaczęła mi uciekać. Powyżej sprawca zamieszania ;)


środa, 23 czerwca 2010

ponownie nad morzem











Nasz pierwszy w tym roku wypad nad morze. Zaledwie trzydniowy, w miejsca dobrze znane a za każdym razem wywołujące zachwyt i ciepłe uśmiechy. Spacery i jak zawsze dużo jeżdżenia na rowerach. Wędkowanie, jedzenie świeżo wędzonych na gorąco dorszy (i tym razem także pysznych łososi). Sianożęty, jezioro Jamno, zatłoczone ale całkiem przyjazne Mielno. Udało mi się zrobić zupełnie przypadkową sesję fotograficzną ze ślimakiem w roli głównej. Modela przedstawię w kolejnym poście, za kilka dni :)

Wracając do domu od połowy drogi, byliśmy zmuszeni jechać 50km/h. Co kilkadziesiąt kilometrów drogę przecinały nam lisy, sarny, jeże albo zające! Czegoś takiego jeszcze nie widziałam. Tak jakby wszyscy mieszkańcy lasów, zorganizowali sobie nocne przeprawy na drugą stronę ;)


czwartek, 6 maja 2010

majowe grillowanie












Czyli sezon rozpoczęty. Choć obserwując aurę za oknami, mam wątpliwości co do jego szybkiej kontynuacji. Siedzenie nad zmokniętym mięsiwem nie jest zbyt pożądaną rozrywką. Jednak weekend majowy, wbrew prognozom, nie zalał nas hektolitrami deszczu. Było ciepło, bez wiatru, choć pochmurnie. Był Wrocław, spacery, wędkowanie i ryby, łódka, oglądanie działek. Był chaos, sprzeczki i jak to u nas na razie bywa, sporo jeżdżenia. Ale nie narzekam, kiedy nachodzą mnie pesymistyczne myśli, przywołuje sobie w pamięci kilka mądrych zdań i migiem oddzielam rzeczy błahe od tych ważnych. Najważniejszych.








poniedziałek, 19 kwietnia 2010

słonecznie



Pierwszy taki ciepły, prawdziwie wiosenny weekend w tym roku
(przynajmniej na Dolnym Śląsku :) Oby tak na długo!


czwartek, 15 kwietnia 2010

wegetariańska przeszłość i pasztet z soczewicy








10 lat bycia wegetarianką nie może przejść bez śladu. Prawdopodobnie o tym epizodzie (chociaż to chyba niedobre określenie, bo 10 lat to więcej niż 1/3 mojego życia) jeszcze nie wspominałam. W wieku 15 lat podjęłam decyzję, że rezygnuję z mięsa (również ryb). Zaczęłam wertować różne mądre książki, pilnowałam by w mojej diecie odpowiednio zastąpić mięso i odkryłam bogactwo i możliwości strączkowych. Wszelkie fasole, ciecierzyca, soczewica, groszki, bób stały się ważną częścią tego co jadłam. I mimo że po 10 latach powróciłam najpierw do ryb, potem do drobiu a teraz również i na czerwone mięso się skuszę od czasu do czasu, to uwielbienie do fasolek pozostało :)

Uprzedzając pytania "dlaczego zrezygnowałam z bycia wege?" - po prostu naszła mnie nieodparta ochota na fileta z łososia gotowanego na parze z cytryną i koperkiem i dużą ilością sałaty :) I tak jak przez cały ten czas niejedzenia mięsa, w ogóle mnie do niego nie ciągnęło, nic a nic, nie kusiły mnie żadne zapachy ani widoki, tak tego jednego dnia mój organizm zapragnął łososia i nie mogłam mu odmówić, to był silniejsze ode mnie a potem powoli powróciłam do "normalności" a mięso polubiłam bardziej niż mogłabym się tego spodziewać.

No ale miało być o pasztecie. Z soczewicy. Kiedyś robiłam już podobny pasztet ale z białej fasoli, wyszedł dobry lecz bez rewelacji, więc nie powróciłam do przepisu. Jednak gdy u Ani zobaczyłam ten soczewicowy przysmak i to jeszcze na kawałku razowca, wiedziałam, że to jest to. Poza tym, że lubię soczewicę, to oboje z Ł. wprost uwielbiamy pieczony czosnek. Latem układam całe główki czosnku (zupełnie nieobrane) na grillu i tak się pieką i dochodzą aż całkowicie zmiękną, stają się słodkie i soczyste. Obieramy wtedy gorące ząbki, parząc sobie palce i karmiąc nawzajem co ładniejszymi kawałkami.

Ad rem. Mamy więc i soczewicę i czosnek (tutaj wprowadziłam modyfikację przepisu, uznałam, że niepotrzebnie piec czosnek dwa razy, więc do papki warzywnej wrzuciłam po prostu surowe ząbki i tak zapiekłam - wyszły miękkie i słodkie - tak jak powinny), do tego marchew, pietruszka, cebula, przyprawy - nie użyłam kuminu, za to dużo pieprzu ziołowego, odrobinę majeranku, pieprz czarny, chilli i prawie wcale soli.

A teraz dokładny przepis Ani ale z moimi modyfikacjami:

SKŁADNIKI
* 200 g zielonej soczewicy
* 2 średniej wielkości marchewki obrane i pokrojone w cienkie plasterki
* 1 mała pietruszka obrana i pokrojona w cienkie plasterki (dałam dużą)
* 1 główka czosnku (dałam dwie)
* 1 średniej wielkości cebula drobno posiekana
* 1 łyżeczka kuminu (nie dodawałam)
* 1/4 łyżeczki suszonego chili
* 1 łyżeczka harissy (opcjonalnie) (nie dodawałam)
* 3 jajka (użyłam dwóch dużych)
* 3 łyżki oliwy
* moje dodatkowe przyprawy: pieprz ziołowy, świeżo mielony pieprz czarny i majeranek

Rozgrzewam piekarnik do 180 stopni C. Na blasze układam ząbki czosnku (jeden ząbek odkładam), nie pozbawiając ich skórki. Piekę, aż czosnek zmięknie.

Do dużego garnka wrzucam soczewicę, zalewam ją ok. 3 szklankami wody, solę i gotuję. Na rozgrzaną oliwę wrzucam kumin. Gdy przyprawa zacznie pachnieć, dorzucam odłożony, zmiażdżony ząbek czosnku, cebulę i warzywa. Podsmażam je, aż warzywa lekko zmiękną.

Soczewicę gotuję, aż zacznie się rozpadać, a woda z niej wyparuje (trwa to ok. pół godziny). Zdejmuję garnek z gazu. Soczewicę mieszam z warzywami z patelni i lekko miksuję (należy uważać, by nie zrobić papki warzywnej - masa musi być grudkowata). W tym momencie próbuję masę i w razie potrzeby ją dosalam albo dodaję więcej chili - musi być wyraźna w smaku.

Następnie do masy dodaję upieczone ząbki czosnku i rozbełtane jajka. Dokładnie mieszam, przekładam do wysmarowanej tłuszczem i posypanej bułką tartą keksówki (można keksówkę wyłożyć papierem do pieczenia, tak jak ja to zrobiłam). Pasztet piekę przez ok. pół godziny w 180 stopniach C. Podaję z chrzanem albo majonezem domowej roboty.



poniedziałek, 29 marca 2010

torcik ananasowo-kokosowy








Mój własnoręcznie wykonany tort na własne dwudziestosiedmiolecie ;) Nieskromnie powiem, że wszyscy chwalili, że pyszny, taki lekki, smakuje jak wakacje a wygląda jak z bajki. Niestety zdjęć przekroju nie mam, bo nie chciałam wśród gości gimnastykować się nad stołem z aparatem, poza tym nie było już ładnego światła.

SKŁADNIKI
* 5 jaj
* 1 szklanka cukru (ja daję nieco mniej)
* 1,5 szklanki mąki
* 1,5 łyżeczki proszku do pieczenia
* łyżka octu
* budyń waniliowy ugotowany w 400ml mleka i ostudzony, utarty z 200g zimnego masła
* puszka ananasów
* dwie łyżki uprażonych wiórków kokosowych
*dwa kieliszki malibu

Jajka należy ubić z cukrem do białości (najlepiej mikserem). Dodawać stopniowo przesianą mąkę wraz z proszkiem do pieczenia i mieszać łopatką. Dodać ocet i raz jeszcze delikatnie wymieszać. Przełożyć do tortownicy (natłuścić i obsypać bułką tartą tylko dno formy). Piec ok 40 w temperaturze 180 stopni (po 30 min. spr. czy jest gotowe za pomocą drewnianego patyczka). Studzić 10 min. w piekarniku.
Ostudzony biszkopt przekroić na 3 krążki. Pierwszy układamy na talerzu lub paterze i nasączamy kieliszkiem alkoholu oraz sokiem ananasowym, nakładamy krem i pokrojone drobno ananasy, nakładamy drugi blat i powtarzamy czynności przy czym tutaj do kremu dodajemy jeszcze wiórki kokosowe. Trzeci blat nasączamy jedynie sokiem ananasowym, cały tort smarujemy kremem i ozdabiamy. Smacznego :)


czwartek, 25 marca 2010

wpis radosny



Dziś post bez zdjęć. Ale już od najbliższego tygodnia, kiedy słońca będzie coraz więcej z każdym dniem (miejmy nadzieję) i pracować będę też nie do 16 jak do tej pory, a do 15 (o tym jak poradzę sobie z wstawaniem o 6 wolę na razie nie myśleć :/) będę na pewno więcej fotografować.

Dziś są moje urodziny. Tak jak obiecał Ł., mój piękny storczyk rozkwitł w pełni. Ja wiem, że trudno w to uwierzyć, ale naprawdę wczoraj miał jeszcze dwa ostatnie nierozwinięte do końca pączki, a dziś już stoi w stuprocentowym rozkwicie! Magia ;) Zdjęcia owszem robiłam, tak jak obiecałam, ale żadne nie było dostatecznie dobre, więc zrobię mu kolejną sesję i zobaczę czy coś nadawać będzie się do publikacji.

Torcik waniliowo- ananasowo-kokosowy czeka w lodówce (mam przepis na biszkopt, który zawsze wychodzi!), szampan się chłodzi, Ł. dziś przyjeżdża a jutro oboje mamy wolne. Czy może być piękniej? ;)


p.s. cholera, nie kupiłam świeczek :/



Related Posts with Thumbnails